|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Świadectwo ojca Chodzi i nie chodzi CZ.2 Ryszard RubinowiczGdzie tkwi błąd?
W administracyjnym przymusie i unifikacji. Ustawowy przymus instytucjonalnej edukacji dzieci jest absurdalny, tak jak byłyby urzędowe nakazy i normy żywienia i ubierania, o które to sprawy rodzice zabiegają bez państwowych dekretów. Rodzice po prostu dbają o dzieci, a potrzeby edukacji należą do jednych z najważniejszych. To wstyd, że takie rzeczy trzeba przypominać. Różnorodność charakterów, predyspozycji i nieprzebrane bogactwo talentów wymaga, by edukację indywidualizować i dywersyfikować, aby to bogactwo zaowocowało. Takie możliwości edukacji dzieci daje wyłącznie wolna inicjatywa rodziców, stowarzyszeń, lokalnych społeczności, Kościoła. Pod warunkiem jednak zniesienia sztywnego gorsetu państwowych norm i programów. Na biegunie przeciwnym leży obecny system edukacji - administracyjne koszarowanie rówieśników, by pod przymusem wtłaczać w nich jednolitą w sposobie przekazu i zakresie wiedzę. System napędzany jest pseudopedagogicznymi metodami testów zgaduj-zgadula, krzyżówek, rebusów i maniakalnym trendem do "pomiarów wiedzy" i analiz wyników. W praktyce obowiązuje zasada: "Uczymy się dla szkoły, nie dla życia". Dokładnie przeciwnie niż głosi klasyczna reguła: "Non scholae sed vitae discimus". Jeśli ideą edukacji jest zunifikowany model biernego obywatela i generowanie patologii, to cel ten osiągnięto już w znacznej mierze, chociaż oficjalnie deklaruje się cele przeciwne. Obecny system edukacji to gigantyczne marnotrawstwo talentów, ducha i inicjatywy, zakodowanych w młodych sercach i umysłach. Marnotrawstwo wielkich budów socjalizmu to drobiazg przy tym, co trwoni ten system. Państwowy monopol na zarządzanie gospodarką przyniósł jej ruinę. Dlaczego w edukacji miałoby być inaczej? Prawie bez zmian Gdyby jutro zniesiono przymus szkolny, pozostawiając rodzicom wolną decyzję o edukacji dzieci, co by się stało? Odpowiedź brzmi: system działałby jeszcze wiele lat, prawie bez zmian. Jednym z efektów wyręczania rodziny z jej naturalnych funkcji jest obecny zanik świadomości tych funkcji, a w rezultacie osłabienie rodziny. Rodzice ustawowo "zwolnieni" z naturalnego obowiązku zapewnienia edukacji dzieciom traktują państwową dominację w tej dziedzinie jako sprawę oczywistą. Przyczyna tej "zgodności" jest prozaiczna i smutna zarazem. Tak jest po prostu wygodnie. Szkoła, pełniąca de facto funkcję przechowalni dzieci, daje rodzicom możliwość zajęcia się swoimi sprawami i zapewnia im ten nieszczęsny święty spokój. Do czasu. Efektem jest cała masa problemów z młodzieżą, modnych dziś dysfunkcji, wyzwalanie członków rodziny z wzajemnych zależności, obowiązków, więzi na rzecz "własnych ścieżek kariery", na końcu których są gorycz i rozczarowanie. To przychodzi później, stąd nie jest brane pod uwagę. Dlatego nikt, z małymi wyjątkami, nie protestuje przeciwko przymusowemu poborowi dzieci do szkoły i pobytowi ich tam, najlepiej jak najdłużej. "Prawie" oznacza jednak pewną zmianę. Dla tych rodziców, którzy dziś zmagają się z systemem, ucząc własne dzieci, byłoby to wyzwolenie. Takich jest garstka. Inni rodzice, którzy zmagają się ze szkołą o wpływ na edukację swoich dzieci, otrzymaliby potężne wsparcie. Dziś słyszą o siatkach godzin, podstawach programowych, wymogach ustawowych, testach kompetencyjnych, wreszcie o tym, że inni nie mają "takich problemów". Tych rodziców jest również promil. Wreszcie milcząca większość powierzająca dzieci zgodnie z ustawą zaczęłaby powierzać dzieci zgodnie z własną, wolną decyzją. A to już jest jakościowa zmiana. Postulat jest jasny. Należy przywrócić pełną władzę rodziców nad edukacją własnych dzieci. Znieść państwowy przymus szkolny. Skorzystamy na tym wszyscy. Ryszard Rubinowicz czwartek, 19 marca 2009, mamareszke
|