Blog > Komentarze do wpisu

Rodzice nie chcą posyłać pociech do szkoły.

Rodzice nie chcą posyłać pociech do szkoły - Dziennik.pl - piątek 1 maja 2009 16:11
Sześciolatki nie idą do pierwszej klasy
» Sześciolatki nie idą do pierwszej klasy Zamknij X

Sześciolatki nie idą do piewszej klasy  fot. Artur Hojny
Reforma minister Katarzyny Hall jeszcze się nie zaczęła, a już poniosła spektakularną porażkę. Rodzice sześciolatków nie poślą swoich dzieci do pierwszej klasy - wynika z sondy DZIENNIKA. Wolą, by chodziły do przedszkola. I to mimo że teoretycznie nie nauczą się tam już pisać i czytać, jak dotąd w zerówce.
Nowy program przedszkola nauki liter nie przewiduje, bo napisano go pod kątem pięciolatków. Przedszkolanki i rodzice sześciolatków dogadują się na nielegalna naukę czytania i pisania w przedszkolu, żartując, że organizują „tajne komplety".
Ministerstwo nie ma jeszcze danych, ilu rodziców zdecyduje się na posyłanie dzieci do szkoły o rok wcześniej. W tych dniach informacje na ten temat zbierają wszystkie miasta w Polsce, żeby przygotować się na ich przyjęcie. Wygląda jednak na to, że nie będzie potrzeby tworzenia nowych klas, bo rodziców zainteresowanych posłaniem swoich pociech można policzyć na palcach jednej ręki.
W Gdańsku na 2200 sześciolatków tylko 200 pójdzie do pierwszej klasy. "Około jeden procent to bardzo mało" - komentuje Regina Białousów, dyrektor Wydziału Edukacji Miasta. Liczy ona na to, że statystyka się nieco poprawi, gdy zostaną wywieszone listy dzieci, które się dostały do przedszkoli. "Dla 25 proc. nie wystarczy miejsca. Część rodziców, których nie stać na prywatne przedszkole, nie będzie miała wyjścia i pośle dzieci do pierwszej klasy " - ocenia Regina Białousów.
W Poznaniu rodzice jeszcze mają czas na decyzje do 11 maja. "Ale już widać, że zainteresowanie jest nikłe " - przyznaje Irena Anioł z Wydziału Edukacji w Poznaniu. Jak podkreśla są spore opory rodziców przed posyłaniem dzieci do szkół. Kilka przedszkoli napisało listy protestacyjne.
W Kielcach na 1600 dzieci do pierwszej klasy zapisano 17. "Liczby mówią sam za siebie " - usłyszeliśmy w magistracie.
W Piekarach Śląskich jest 496 sześciolatków. Do szkoły pójdzie jedynie siedmioro z nich. I to pomimo, że miasto dotarło z informacją o reformie do wszystkich rodziców. Chętnych i tak jest tyle samo, co w poprzednich latach, gdy nie było reformy. "W ościennych gminach sytuacja jest taka sama " - zapewnia Marek Kapica, naczelnik wydziału edukacji w Piekarach. Jego zdaniem jednym z powodów jest obawa o stan przygotowania szkół.
W Bielsku-Białej podobnie: z 1428 sześciolatków do szkoły wybiera się 29. "Zainteresowanie porównywalne do tego z lat ubiegłych. W związku z reformą nie wzrosło " - mówi Iwona Bojarska z wydziału edukacji.
W Katowicach to samo. Na 2151 tylko 31 rodziców sześciolatków zgłosiło chęć posłania dziecka do pierwszej klasy. "Kłopotem są finanse. Nawet takie duże miasto jak Katowice nie stać na przygotowanie nowych klas " - przyznaje Dariusz Czapla z UM w Katowicach.
Nawet w stolicy, która teoretycznie powinna świecić przykładem, nie jest lepiej. Na 14 tys. dzieci do szkół zgłosiło się 522, co oznacza, że prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz z PO nie może pochwalić się sukcesem.
Rodzice zdecydowali tak, choć nie zdają sobie sprawy z tego, że w ten sposób mogą opóźnić ich rozwój. Dlaczego?
"Podczas reformy zapomniano o sześciolatkach, które nie pójdą do pierwszej klasy. W przedszkolach mamy ich nauczać tak, jak pięciolatków. To głupota " - mówi Małgorzata Barańska, nauczycielka grupy przedszkolnej z Gdańska. Wystąpiła ona do wydawcy starego podręcznika dla sześciolatków, aby go nie wycofywał, bo sześciolatki nie będą miały się z czego uczyć. "Niestety, oficjalnie muszą oni nam proponować nowe podręczniki " - mówi Barańska. Zapewnia jednak obywatelskie nieposłuszeństwo, które będzie polegało na tym, że będzie uczyła sześciolatki czytać i pisać litery, jak dotąd.
Tak samo chce zrobić większość nauczycieli. W przedszkolach będą się więc odbywać tajne komplety.
Jak mówi Kinga Szancer, mama 6-letniej Klary, która swojej córki nie posłała do podstawówki, nauczyciele przedszkolni nieoficjalnie zapewnili, że będą uczyć nadal tak jak w zerówce. "Przypomina to trochę tajne komplety. Nie wiem, czemu boją się tym mówić oficjalnie, pewnie nie chcą się narażać" - mówi Kinga Szancer. Jak dodaje, kłopotem mogą być podręczniki, bo wydawcy mają obowiązek sprzedawać nowe.
Uważa to jednak za mniejsze zło, niż posłanie córki do jednej klasy ze starszymi siedmiolatkami. A tym samym narażanie na nierówny start w grupie, dyskryminację i niebezpieczeństwa ze strony starszych uczniów. "Poprowadzić taką klasę to wyzwanie dla nauczyciela super-bohatera " - mówi.
Dyrektorzy przedszkoli zapewniają, że nie dopuszczą, by dzieci cofały się w rozwoju. "Nasze pięciolatki umieją już czytać proste słowa, rozwiązywać zadania. Nie można im powiedzieć stop, reszta za rok w szkole, bo taki jest program. Rozwój dziecka jest najważniejszy!" - zapewnia Katarzyna Skrzypek z przedszkola nr 6 w Legionowie. Z 47 tamtejszych sześciolatków do pierwszej klasy nie idzie żadne (z wyjątkiem jednego, którego rodziców stać na prywatna szkołę).
Część nauczycieli nie wie jeszcze, co zrobi: "Nie dostaliśmy żadnych informacji. Na dzień dzisiejszy - uważam, że będziemy uczyć tak, jak dotychczas " - mówi nam Krystyna Zabłocka, wychowawczynie zerówki z przedszkole nr 7 w Zakopanem.
A co na to MEN? Jak zapewnia Grzegorz Żurawski, rzecznik MEN, wychowawcy nie tylko powinni, ale muszą trzymać się nowej podstawy programowej, bo dzięki temu za rok poziom się wyrówna i za rok w pierwszej klasie nie będzie tego problemu, że sześcio- i siedmiolatki nie prezentują podobnych umiejętności.
Jego zdaniem o porażce pani minister nie ma mowy. "Nawet jeżeli w pierwszym roku reformy nieliczni rodzice sześciolatków poślą dzieci do pierwszej klasy, to będzie nasz mały sukces " - mówi Grzegorz Żurawski.
Iwona Dudzik

Nasz Dziennik - Poniedziałek, 27 kwietnia 2009, Nr 98 (3419)

Nachalna indoktrynacja w firmowanym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podręczniku dla zerówek "Nasza klasa"

Oda do Unii

Czego ma się nauczyć dziecko w zerówce? Czytać i liczyć - odpowie zapewne większość rodziców. Są jednak w błędzie. MEN uważa, że sześcioletnie dzieci mogą być poddawane unijnej indoktrynacji - z zamkniętymi oczami muszą recytować grafomańskie wiersze sławiące UE. Wyuczone na pamięć finezyjne frazy: "Do Unii też/ należeć chcę,/ to drugi dom,/ więc cieszę się" - wprawiają rodziców w osłupienie. - To skandal - mówi pani Bożena ze Śląska, której córka recytowała ów utwór z podręcznika pt. "Nasza klasa" na jednej ze szkolnych akademii.

- Usłyszałem po raz pierwszy ten wiersz, gdy czytała mi go moja córka Agatka w zerówce. Kiedy wybrzmiała jego część mówiąca o Unii Europejskiej, myślałem, że się przesłyszałem. Poprosiłem o powtórzenie - i wtedy mnie zmroziło. To tak jak za komuny, gdy czytało się wierszyki o przyjaźni polsko-radzieckiej - nie ukrywa oburzenia pan Adam z Radomia.
Wiersz znajduje się w podręczniku pt. "Nasza klasa" autorstwa Wiesławy Żaby-Żabińskiej i Czesława Cyrańskiego.
Pierwsze wersy uczą wprawdzie miłości do Ojczyzny. Kontrowersje wzbudza jednak druga część - poświęcona Unii Europejskiej. "Do Unii też/ należeć chcę,/ to drugi dom,/ więc cieszę się./ Dwa domy mam/ tak bliskie mi,/ w jednym chcę żyć,/ w drugim chcę być" - brzmią słowa fatalnego również pod względem literackim wiersza.
Rodzice nie mają wątpliwości, że mamy tu do czynienia z indoktrynacją unijną od najmłodszych lat. - Gdybym wiedziała, że moja córka będzie recytować takie zwrotki na akademii, nigdy bym do tego nie dopuściła - mówi pani Bożena, notabene mająca wiele argumentów przeciwko obecności Polski w strukturach unijnych. - To jest teraz nagrane na kasecie i pół rodziny się ze mnie śmieje, że matka i ojciec są eurosceptykami, a dziecko prezentuje wiersz prounijny - dodaje.
Podręcznik został dopuszczony do użytku szkolnego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i wpisany do wykazu podręczników pomocniczych przeznaczonych do wychowania przedszkolnego dzieci sześcioletnich w przedszkolach i oddziałach przedszkolnych w szkołach podstawowych na podstawie opinii rzeczoznawców, m.in. dr hab. Bożeny Muchackiej. - Nie wiem, czy jest to narzucanie ideologii unijnej. Są to rzeczy, które się dzieją na oczach dziecka - nie tylko dorosłych. Dziecko widzi, słyszy, co się dzieje, też ma swój obraz świata i docierają na pewno do niego jakieś wyrazy, pojęcia, które wiążą się z UE. Pewnie nauczyciele z przedszkoli - zgodnie zresztą z jakimiś podstawami programowymi - rozmawiają z dziećmi o takich sprawach. Na pewno nie zawężają dyskusji, bo o różnych sprawach się z dziećmi rozmawia - oznajmia Muchacka. Na naszą uwagę, że przecież są Polacy, którzy mają do Unii zastrzeżenia, a wiersz jakby przekreśla ich poglądy, odpowiada, iż "może być i tak". - To w ogóle o niczym nie można by było mówić, bo byśmy się ciągle zastanawiali, czy komuś coś się podoba lub nie - dodaje.
Tymczasem Andrzej Szczerba ze Związku Narodowego Polski w Kanadzie nie ma wątpliwości, że wiersz jest dla dzieci szkodliwy. - To się nazywa po angielsku brainwash, co znaczy robienie wody z mózgu. Chodzi o to, żeby zatrzeć kwestie narodowe i patriotyczne, zrobić jeden wielki kołchoz międzynarodowy, superpaństwo, gdzie tradycja, kultura, religia nie będą miały żadnego znaczenia - zaznacza Szczerba.
Witold Dąbrówka z Klubu Inżynierów Polskich w Brukseli przyznaje, że tego typu propaganda ma również miejsce w Belgii. Zwraca uwagę na konieczność obrony w obecnej sytuacji polskich wartości. - Warto walczyć w Polsce, o ile jesteśmy przekonani, że mamy coś dobrego do przekazania innym. Każdy kraj wytworzył pewną kulturę i tradycję - to "siedzi" w nas. Trzeba o to ostro walczyć. Chodzi o to, żeby te najlepsze wartości pozostały, a przecież nasza polska kultura ma bogate tradycje - zauważa Dąbrówka.

Jacek Dytkowski

 

Dla zainteresowanych podajemy adres internetowy, pod którym można znaleźć listę poradni psychologiczno-pedagogicznych:

http://www.cmppp.edu.pl/node/19627

sobota, 02 maja 2009, mamareszke