poniedziałek, 08 czerwca 2009

PROŚBA O POMOC! - PROTEST RODZICÓW PRZECIW SAMOWOLI URZĘDNIKÓW

 

Urzędniczki poradni psychologiczno-pedagogicznej nr 4 w Lublinie, podległe Kuratorium Oświaty, z powodów ideologicznych odmówiły nam prawa do edukowania dzieci w domu. W naszym rozumieniu tym działaniem kuratorium zlekceważyło Ustawę o systemie oświaty i Konstytucję RP. Taką formę edukacji prowadzimy od dwóch lat, a wyniki naszego syna są ponad przeciętne. Mamy poważne obawy, że działanie lubelskiego kuratorium jest formą represji za nasze zaangażowanie społeczno-polityczne w obronie sześciolatków oraz w Unii Polityki Realnej (Anna Kopeć: obecnie kandyduję do Parlamentu Europejskiego zlisty tej partii).

 

Zwracamy się do wszystkich organów państwowych odpowiedzialnych za porządek prawny RP, do rodziców solidaryzujących się z naszym upokorzeniem oraz do wszystkich ludzi dobrej woli o wsparcie nas w walce o prawo do wychowywania dzieci zgodnie z naszym światopoglądem co gwarantuje Konstytucja RP.

 

Anna i Radosław Kopeć

kopec5rakli@gmail.com

tel. 606 740 926

 

PS

Na życzenie możemy udostępnić szczegóły tej sprawy.

 

Prosimy o wysyłanie maili z interwencją w naszej sprawie na adres lubelskiego kuratorium (należy wypełnić formularz kontaktowy na stronie: http://www.kuratorium.lublin.pl/?akc=... )

Filmy:

Edukacja domowa w praktyce- Panorama Lubelska

Zabronią dzieci uczyć w domu.

 

 

 

poniedziałek, 04 maja 2009
Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana"
Oddział Okręgowy w Gdańsku
Komisja Edukacji Rady Miasta Gdańska

ZAPROSZENIE

Serdecznie Zapraszamy dn. 08. maja 2009 roku o godz. 15.30 do sali Konferencyjnej Biblioteki Gdańskiej Polskiej Akademii Nauk (Nowy Gmach) w Gdańsku ul. Wałowa 24
Na
KONFERENCJĘ INFORMACYJNĄ - EDUKACJA DOMOWA

Edukacja domowa w systemie edukacji - dr Marek Budajczak (Uniwersytet Adama Mickiewicza)
Edukacja domowa a szkoła - prof. Maria Mendel (Uniwersytet Gdański)
Dlaczego Edukacja Domowa - mgr Paweł Bartosik (pastor Ewangelicznego Kościoła Reformowanego w Gdańsku)

Tego typu nauczanie jest możliwe w Polsce od osiemnastu lat. Ustawa z 7.09.1991 roku dopuściła - w formalno-prawnym znaczeniu - uczenie się dzieci poza instytucjonalnym środowiskiem szkoły, czyli najczęściej w domu, w warunkach zorganizowanych przez rodziców.

Informacja o referentach:
Marek Budajczak - Wykładowca UAM, autor książki pt. Edukacja domowa - książki która stanowi kamień milowy na drodze rozwoju omawianego zjawiska w naszym kraju.
Maria Mendel - Prorektor Uniwersytetu Gdańskiego, profesor pedagogiki. Zajmuje się integracyjną rolą szkoły.
Paweł Bartosik - doktorant III roku Studiów w Zakresie Pedagogiki i Nauk o Polityce na Uniwersytecie Gdańskim. Zajmuje się relacjami między obszarem prywatnym (rodzina), a publicznym (państwo) w edukacji.

mgr Piotr Gierszewski- Przewodniczący Komisji Edukacji Rady Miasta Gdańska

mgr Waldemar Jaroszewicz Przewodniczący Rady Oddziału Okręgowego w Gdańsku Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana

08:39, mamareszke , zapowiedzi
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 maja 2009
Rodzice nie chcą posyłać pociech do szkoły - Dziennik.pl - piątek 1 maja 2009 16:11
Sześciolatki nie idą do pierwszej klasy
» Sześciolatki nie idą do pierwszej klasy Zamknij X

Sześciolatki nie idą do piewszej klasy  fot. Artur Hojny
Reforma minister Katarzyny Hall jeszcze się nie zaczęła, a już poniosła spektakularną porażkę. Rodzice sześciolatków nie poślą swoich dzieci do pierwszej klasy - wynika z sondy DZIENNIKA. Wolą, by chodziły do przedszkola. I to mimo że teoretycznie nie nauczą się tam już pisać i czytać, jak dotąd w zerówce.
Nowy program przedszkola nauki liter nie przewiduje, bo napisano go pod kątem pięciolatków. Przedszkolanki i rodzice sześciolatków dogadują się na nielegalna naukę czytania i pisania w przedszkolu, żartując, że organizują „tajne komplety".
Ministerstwo nie ma jeszcze danych, ilu rodziców zdecyduje się na posyłanie dzieci do szkoły o rok wcześniej. W tych dniach informacje na ten temat zbierają wszystkie miasta w Polsce, żeby przygotować się na ich przyjęcie. Wygląda jednak na to, że nie będzie potrzeby tworzenia nowych klas, bo rodziców zainteresowanych posłaniem swoich pociech można policzyć na palcach jednej ręki.
W Gdańsku na 2200 sześciolatków tylko 200 pójdzie do pierwszej klasy. "Około jeden procent to bardzo mało" - komentuje Regina Białousów, dyrektor Wydziału Edukacji Miasta. Liczy ona na to, że statystyka się nieco poprawi, gdy zostaną wywieszone listy dzieci, które się dostały do przedszkoli. "Dla 25 proc. nie wystarczy miejsca. Część rodziców, których nie stać na prywatne przedszkole, nie będzie miała wyjścia i pośle dzieci do pierwszej klasy " - ocenia Regina Białousów.
W Poznaniu rodzice jeszcze mają czas na decyzje do 11 maja. "Ale już widać, że zainteresowanie jest nikłe " - przyznaje Irena Anioł z Wydziału Edukacji w Poznaniu. Jak podkreśla są spore opory rodziców przed posyłaniem dzieci do szkół. Kilka przedszkoli napisało listy protestacyjne.
W Kielcach na 1600 dzieci do pierwszej klasy zapisano 17. "Liczby mówią sam za siebie " - usłyszeliśmy w magistracie.
W Piekarach Śląskich jest 496 sześciolatków. Do szkoły pójdzie jedynie siedmioro z nich. I to pomimo, że miasto dotarło z informacją o reformie do wszystkich rodziców. Chętnych i tak jest tyle samo, co w poprzednich latach, gdy nie było reformy. "W ościennych gminach sytuacja jest taka sama " - zapewnia Marek Kapica, naczelnik wydziału edukacji w Piekarach. Jego zdaniem jednym z powodów jest obawa o stan przygotowania szkół.
W Bielsku-Białej podobnie: z 1428 sześciolatków do szkoły wybiera się 29. "Zainteresowanie porównywalne do tego z lat ubiegłych. W związku z reformą nie wzrosło " - mówi Iwona Bojarska z wydziału edukacji.
W Katowicach to samo. Na 2151 tylko 31 rodziców sześciolatków zgłosiło chęć posłania dziecka do pierwszej klasy. "Kłopotem są finanse. Nawet takie duże miasto jak Katowice nie stać na przygotowanie nowych klas " - przyznaje Dariusz Czapla z UM w Katowicach.
Nawet w stolicy, która teoretycznie powinna świecić przykładem, nie jest lepiej. Na 14 tys. dzieci do szkół zgłosiło się 522, co oznacza, że prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz z PO nie może pochwalić się sukcesem.
Rodzice zdecydowali tak, choć nie zdają sobie sprawy z tego, że w ten sposób mogą opóźnić ich rozwój. Dlaczego?
"Podczas reformy zapomniano o sześciolatkach, które nie pójdą do pierwszej klasy. W przedszkolach mamy ich nauczać tak, jak pięciolatków. To głupota " - mówi Małgorzata Barańska, nauczycielka grupy przedszkolnej z Gdańska. Wystąpiła ona do wydawcy starego podręcznika dla sześciolatków, aby go nie wycofywał, bo sześciolatki nie będą miały się z czego uczyć. "Niestety, oficjalnie muszą oni nam proponować nowe podręczniki " - mówi Barańska. Zapewnia jednak obywatelskie nieposłuszeństwo, które będzie polegało na tym, że będzie uczyła sześciolatki czytać i pisać litery, jak dotąd.
Tak samo chce zrobić większość nauczycieli. W przedszkolach będą się więc odbywać tajne komplety.
Jak mówi Kinga Szancer, mama 6-letniej Klary, która swojej córki nie posłała do podstawówki, nauczyciele przedszkolni nieoficjalnie zapewnili, że będą uczyć nadal tak jak w zerówce. "Przypomina to trochę tajne komplety. Nie wiem, czemu boją się tym mówić oficjalnie, pewnie nie chcą się narażać" - mówi Kinga Szancer. Jak dodaje, kłopotem mogą być podręczniki, bo wydawcy mają obowiązek sprzedawać nowe.
Uważa to jednak za mniejsze zło, niż posłanie córki do jednej klasy ze starszymi siedmiolatkami. A tym samym narażanie na nierówny start w grupie, dyskryminację i niebezpieczeństwa ze strony starszych uczniów. "Poprowadzić taką klasę to wyzwanie dla nauczyciela super-bohatera " - mówi.
Dyrektorzy przedszkoli zapewniają, że nie dopuszczą, by dzieci cofały się w rozwoju. "Nasze pięciolatki umieją już czytać proste słowa, rozwiązywać zadania. Nie można im powiedzieć stop, reszta za rok w szkole, bo taki jest program. Rozwój dziecka jest najważniejszy!" - zapewnia Katarzyna Skrzypek z przedszkola nr 6 w Legionowie. Z 47 tamtejszych sześciolatków do pierwszej klasy nie idzie żadne (z wyjątkiem jednego, którego rodziców stać na prywatna szkołę).
Część nauczycieli nie wie jeszcze, co zrobi: "Nie dostaliśmy żadnych informacji. Na dzień dzisiejszy - uważam, że będziemy uczyć tak, jak dotychczas " - mówi nam Krystyna Zabłocka, wychowawczynie zerówki z przedszkole nr 7 w Zakopanem.
A co na to MEN? Jak zapewnia Grzegorz Żurawski, rzecznik MEN, wychowawcy nie tylko powinni, ale muszą trzymać się nowej podstawy programowej, bo dzięki temu za rok poziom się wyrówna i za rok w pierwszej klasie nie będzie tego problemu, że sześcio- i siedmiolatki nie prezentują podobnych umiejętności.
Jego zdaniem o porażce pani minister nie ma mowy. "Nawet jeżeli w pierwszym roku reformy nieliczni rodzice sześciolatków poślą dzieci do pierwszej klasy, to będzie nasz mały sukces " - mówi Grzegorz Żurawski.
Iwona Dudzik

Nasz Dziennik - Poniedziałek, 27 kwietnia 2009, Nr 98 (3419)

Nachalna indoktrynacja w firmowanym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podręczniku dla zerówek "Nasza klasa"

Oda do Unii

Czego ma się nauczyć dziecko w zerówce? Czytać i liczyć - odpowie zapewne większość rodziców. Są jednak w błędzie. MEN uważa, że sześcioletnie dzieci mogą być poddawane unijnej indoktrynacji - z zamkniętymi oczami muszą recytować grafomańskie wiersze sławiące UE. Wyuczone na pamięć finezyjne frazy: "Do Unii też/ należeć chcę,/ to drugi dom,/ więc cieszę się" - wprawiają rodziców w osłupienie. - To skandal - mówi pani Bożena ze Śląska, której córka recytowała ów utwór z podręcznika pt. "Nasza klasa" na jednej ze szkolnych akademii.

- Usłyszałem po raz pierwszy ten wiersz, gdy czytała mi go moja córka Agatka w zerówce. Kiedy wybrzmiała jego część mówiąca o Unii Europejskiej, myślałem, że się przesłyszałem. Poprosiłem o powtórzenie - i wtedy mnie zmroziło. To tak jak za komuny, gdy czytało się wierszyki o przyjaźni polsko-radzieckiej - nie ukrywa oburzenia pan Adam z Radomia.
Wiersz znajduje się w podręczniku pt. "Nasza klasa" autorstwa Wiesławy Żaby-Żabińskiej i Czesława Cyrańskiego.
Pierwsze wersy uczą wprawdzie miłości do Ojczyzny. Kontrowersje wzbudza jednak druga część - poświęcona Unii Europejskiej. "Do Unii też/ należeć chcę,/ to drugi dom,/ więc cieszę się./ Dwa domy mam/ tak bliskie mi,/ w jednym chcę żyć,/ w drugim chcę być" - brzmią słowa fatalnego również pod względem literackim wiersza.
Rodzice nie mają wątpliwości, że mamy tu do czynienia z indoktrynacją unijną od najmłodszych lat. - Gdybym wiedziała, że moja córka będzie recytować takie zwrotki na akademii, nigdy bym do tego nie dopuściła - mówi pani Bożena, notabene mająca wiele argumentów przeciwko obecności Polski w strukturach unijnych. - To jest teraz nagrane na kasecie i pół rodziny się ze mnie śmieje, że matka i ojciec są eurosceptykami, a dziecko prezentuje wiersz prounijny - dodaje.
Podręcznik został dopuszczony do użytku szkolnego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i wpisany do wykazu podręczników pomocniczych przeznaczonych do wychowania przedszkolnego dzieci sześcioletnich w przedszkolach i oddziałach przedszkolnych w szkołach podstawowych na podstawie opinii rzeczoznawców, m.in. dr hab. Bożeny Muchackiej. - Nie wiem, czy jest to narzucanie ideologii unijnej. Są to rzeczy, które się dzieją na oczach dziecka - nie tylko dorosłych. Dziecko widzi, słyszy, co się dzieje, też ma swój obraz świata i docierają na pewno do niego jakieś wyrazy, pojęcia, które wiążą się z UE. Pewnie nauczyciele z przedszkoli - zgodnie zresztą z jakimiś podstawami programowymi - rozmawiają z dziećmi o takich sprawach. Na pewno nie zawężają dyskusji, bo o różnych sprawach się z dziećmi rozmawia - oznajmia Muchacka. Na naszą uwagę, że przecież są Polacy, którzy mają do Unii zastrzeżenia, a wiersz jakby przekreśla ich poglądy, odpowiada, iż "może być i tak". - To w ogóle o niczym nie można by było mówić, bo byśmy się ciągle zastanawiali, czy komuś coś się podoba lub nie - dodaje.
Tymczasem Andrzej Szczerba ze Związku Narodowego Polski w Kanadzie nie ma wątpliwości, że wiersz jest dla dzieci szkodliwy. - To się nazywa po angielsku brainwash, co znaczy robienie wody z mózgu. Chodzi o to, żeby zatrzeć kwestie narodowe i patriotyczne, zrobić jeden wielki kołchoz międzynarodowy, superpaństwo, gdzie tradycja, kultura, religia nie będą miały żadnego znaczenia - zaznacza Szczerba.
Witold Dąbrówka z Klubu Inżynierów Polskich w Brukseli przyznaje, że tego typu propaganda ma również miejsce w Belgii. Zwraca uwagę na konieczność obrony w obecnej sytuacji polskich wartości. - Warto walczyć w Polsce, o ile jesteśmy przekonani, że mamy coś dobrego do przekazania innym. Każdy kraj wytworzył pewną kulturę i tradycję - to "siedzi" w nas. Trzeba o to ostro walczyć. Chodzi o to, żeby te najlepsze wartości pozostały, a przecież nasza polska kultura ma bogate tradycje - zauważa Dąbrówka.

Jacek Dytkowski

 

Dla zainteresowanych podajemy adres internetowy, pod którym można znaleźć listę poradni psychologiczno-pedagogicznych:

http://www.cmppp.edu.pl/node/19627

23:54, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 kwietnia 2009
  • Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Łodzi

Międzynarodowa Konferencja pt.
„Miejsce Innego we współczesnych naukach o wychowaniu. Trudy dorastania, trudy dorosłości" - 21-22 kwietnia 2009

Centrum Szkoleniowo-Konferencyjne ul. Rogowska 26
22 kwietnia - 9.00 - 10.00 obrady plenarne (część III)
1. dr Jarosław Bąbka (Uniwersytet Zielonogórski)
Trudy dorastania niepełnosprawnych intelektualnie adolescentów.
2. dr Marek Budajczak (Wyższa Szkoła Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu)
Edukacja domowa w kontekście Inności

3. dr Famuła - Jurczak (Uniwersytet Zielonogórski)
„Gimnazjum wirtualne" - szansa czy zagrożenie dla rozwoju młodzieży?
4. mgr Agnieszka Nadzieja Sekułowicz (Uniwersytet Wrocławski)
Inny w sieci - osłabienie samotności „Ja" poprzez tworzenie „Ja wirtualnego". Internet w służbie osobom z niepełnosprawnością

 

  • Kujawsko-Pomorska Szkoła Wyższa w Bydgoszczy

Zapraszamy na wykład otwarty dr. Marka Budajczyka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu nt. "Edukacja domowa - efemeryczna czy stabilna alternatywa". Wykład odbędzie się 23 kwietnia o godz. 11.30 w Kampusie KPSW przy ul. Toruńskiej, sala 112. Szczególnie serdecznie zapraszamy rodziców i osoby zainteresowane prowadzeniem tego typu nauczania. Dr  Marek Budajczak jest pionierem edukacji domowej w Polsce. Zawodowy pedagog. Prezes aktywnie działającego Stowarzyszenia Edukacji Domowej. Wspólnie z żoną, jako jedni z pierwszych uruchomili homeschooling w Polsce, nauczając swoje dzieci w domu. Dzięki temu stał się krajowym ekspertem w tej dziedzinie. Radzi rodzicom, jak się przygotować do nauki dzieci i jak przebrnąć przez formalności.

czwartek, 16 kwietnia 2009

   Od 13 do 16 maja jest w Krakowie festiwal nauki. Impreza uważam bardzo dobra i co roku coraz lepsza .Różne krakowskie uczelnie naprawdę wkładają wiele wysiłku aby zorganizować swoje prezentacje na wysokim poziomie. Są eksperymenty, prezentacje, przywożą wiele unikalnego sprzętu i aparatury żeby pokazać to wszystko dzieciom i dorosłym. W maju zapowiedzieli przyjazd Reszkowie znad morza(pozdrawiamy) i Piwowarscy z Łodzi(pozdrawiamy). Chcemy wynająć w pobliskiej szkole salę aby spotkać się i pogadać.Jeśli ktoś miałby czas i chęć przyjechać wtedy do Krakowa myślę, że to dobra okazja. Kraków w maju jest naprawdę przyjemny. Znamy miejsce na tani nocleg. Gdyby ktoś był zainteresowany napiszcie. To dobry czas żeby spotkać się w gronie tych, którzy już edukują domowo i tych, którzy się do tego przymierzają.
Nasz adres
zborys@poczta.onet.pl"

Danka i Zbyszek Borys

czwartek, 26 marca 2009

 

 

Wobec pytań dotyczących zajęć z etyki, proponujemy lekturę poniższego tekstu:


Etyka tylko dla wytrwałych


Marcelina Szumer

2009-03-22

Źródło: Dziennik Metro


   Zajęcia z etyki od września mają być obowiązkowe. Ale wybierającym etykę uczniom będzie trudniej niż kolegom, którzy chodzą na religię: będą musieli zostawać po lekcjach albo chodzić na zajęcia do innej szkoły.
Od września tego roku etyka w szkołach będzie przedmiotem obowiązkowym - przewiduje rozporządzenie przygotowywane w MEN. Uczniowie musieliby wybrać, czy chcą chodzić na etykę, czy na religię. A szkoła musiałaby zapewnić zajęcia z etyki, nawet jeśli chętnych będzie tylko kilka osób.
Dziś na 32 tys. szkół lekcje z etyki są zaledwie w ok. 300. Dyrektorzy nie organizują zajęć, tłumacząc się małą liczbą chętnych. Efekt: ci, którzy nie chodzą na religię, siedzą na ogół na korytarzu lub w świetlicy, czekając, aż ich klasa skończy lekcję z katechetą. Są też pokrzywdzeni podczas obliczania średniej, bo mają na świadectwie o jedną ocenę mniej.
Rozporządzenie MEN ma zakończyć tę dyskryminację. Ale wszystko wskazuje na to, że uczniowie wybierający etykę nadal będą w gorszej sytuacji niż ich koledzy.
Samorządy sygnalizują, że w wielu szkołach nie da się zorganizować zajęć z etyki równolegle z religią. - Może się zdarzyć, że lekcje z etyki będą się odbywały poza planem, czyli np. po innych lekcjach - przyznaje Jolanta Lipszyc ze stołecznego biura edukacji. - Ci uczniowie spędzą w szkole więcej czasu niż ich koledzy. Ważne, by dyrektorzy dobrze im ten czas zorganizowali: nie mogą siedzieć na korytarzu.
Jeśli grupa chętnych będzie mała, MEN pozwala na zorganizowanie lekcji międzyszkolnych. Samorząd w Krakowie już zapowiedział, że takie zajęcia będą po południu. Dyrektorzy szkół obawiają się, że będzie to zbyt uciążliwe dla uczniów. - I żeby ułatwić sobie życie, wybiorą religię - przewidują.
Nie wiadomo też, kto będzie uczył etyki. Zgodnie z rozporządzeniem mogą to robić absolwenci kierunków humanistycznych z uprawnieniami pedagogicznymi. MEN policzył, że takich nauczycieli jest w kraju nieco ponad setka. Część szkół chce więc powierzyć ten obowiązek katechetom. - Religia katolicka i etyka wyznają te same wartości - przekonuje Barbara Nowak, dyrektorka krakowskiej podstawówki nr 85. - Jeśli katecheta ma odpowiednie wykształcenie, może uczyć etyki - usłyszeliśmy w MEN. Takie rozwiązanie nie podoba się jednak wielu rodzicom, którzy uważają, że katecheta może "przemycać" katolickie treści.
Co na to MEN? - Analizujemy możliwe skutki rozporządzenia i datę jego wejścia w życie uzależniamy od tych analiz - poinformował resort.

Uczeń uzna lekcje etyki za karę Mirosława Kątna, Komitet Ochrony Praw Dziecka

Pomysł zorganizowania obowiązkowych lekcji etyki jest dobry, już dawno należało rozwiązać jakoś problem, że uczniowie, którzy nie chodzą na religię, są w szkole pozostawieni sami sobie. Ale jego wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Lekcje etyki nie mogą być jakąś "zapchajdziurą", organizowaną byle jak,tylko dlatego, że nakazuje to rozporządzenie. Jeśli mają być sensowną alternatywą dla religii, nie mogą odbywać się po innych zajęciach. Uczeń, który ma do wieczora czekać na etykę, zacznie to traktować jak karę. Pomysł, by etyki uczyli katecheci czy księża - z całym szacunkiem dla nich - również jest chybiony. Dzieci nie są głupie, poczują, że z nich kpimy, i zniechęcą się do nauki.

Iza Budajczak

czwartek, 19 marca 2009

 Marek Budajczak

W dniu 19 marca 2009 r. Sejm RP, odrzucając weto Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przyjął znowelizowaną wersję ustawy oświatowej. Zacznie obowiązywać - „dla zmylenia przeciwnika” - dzień po Prima Aprilis! Oto nowy kształt ustawowych przepisów dotyczących edukacji domowej.

17) w art. 14b w ust. 1:

b) pkt 4 otrzymuje brzmienie:

„4) zapewnienia dziecku warunków nauki określonych w zezwoleniu, o którym mowa w art. 16 ust. 8 – w przypadku dziecka realizującego obowiązek poza przedszkolem, oddziałem przedszkolnym lub inną formą wychowania przedszkolnego.”,

21) w art. 16:

e) ust. 8 otrzymuje brzmienie:

„8. Na wniosek rodziców dyrektor odpowiednio publicznego lub niepublicznego przedszkola, szkoły podstawowej, gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej, do której dziecko zostało przyjęte, może zezwolić, w drodze decyzji, na spełnianie przez dziecko odpowiednio obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem, oddziałem przedszkolnym lub inną formą wychowania przedszkolnego i obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.”,

f) dodaje się ust. 10-14 w brzmieniu:

„10. Zezwolenie, o którym mowa w ust. 8, może być wydane, jeżeli:

1)  wniosek o wydanie zezwolenia został złożony do dnia 31 maja;

2)  do wniosku dołączono:

a)   opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej,

b)   oświadczenie rodziców o zapewnieniu dziecku warunków umożliwiających realizację podstawy programowej obowiązującej na danym etapie kształcenia,

c)   zobowiązanie rodziców do przystępowania w każdym roku szkolnym przez dziecko spełniające obowiązek szkolny lub obowiązek nauki do rocznych egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 11.

11. Dziecko spełniające obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą otrzymuje świadectwo ukończenia poszczególnych klas danej szkoły  po zdaniu egzaminów klasyfikacyjnych z zakresu części podstawy programowej obowiązującej na danym etapie kształcenia, uzgodnionej na dany rok szkolny z dyrektorem szkoły,  przeprowadzonych zgodnie z przepisami wydanymi na podstawie art. 22 ust. 2 pkt 4 przez szkołę, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą. Dziecku takiemu nie ustala się oceny zachowania.

12. Roczna i końcowa klasyfikacja ucznia spełniającego obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą odbywa się zgodnie z przepisami wydanymi na podstawie art. 22 ust. 2 pkt 4.

13. Dziecko spełniające obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą ma prawo uczestniczyć w szkole w nadobowiązkowych zajęciach pozalekcyjnych, o których mowa w art. 64 ust. 1 pkt 4.

14. Cofnięcie zezwolenia, o którym mowa w ust. 8, następuje:

1)  na wniosek rodziców;

2)  jeżeli dziecko z przyczyn nieusprawiedliwionych nie przystąpiło do egzaminu klasyfikacyjnego, o którym mowa w ust. 10 pkt 2 lit. c, albo nie zdało rocznych egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 10 pkt 2 lit. c;

3)  w razie wydania zezwolenia z naruszeniem prawa.”;        

Gdzie tkwi błąd?
W administracyjnym przymusie i unifikacji. Ustawowy przymus instytucjonalnej edukacji dzieci jest absurdalny, tak jak byłyby urzędowe nakazy i normy żywienia i ubierania, o które to sprawy rodzice zabiegają bez państwowych dekretów. Rodzice po prostu dbają o dzieci, a potrzeby edukacji należą do jednych z najważniejszych. To wstyd, że takie rzeczy trzeba przypominać. Różnorodność charakterów, predyspozycji i nieprzebrane bogactwo talentów wymaga, by edukację indywidualizować i dywersyfikować, aby to bogactwo zaowocowało. Takie możliwości edukacji dzieci daje wyłącznie wolna inicjatywa rodziców, stowarzyszeń, lokalnych społeczności, Kościoła. Pod warunkiem jednak zniesienia sztywnego gorsetu państwowych norm i programów. Na biegunie przeciwnym leży obecny system edukacji - administracyjne koszarowanie rówieśników, by pod przymusem wtłaczać w nich jednolitą w sposobie przekazu i zakresie wiedzę. System napędzany jest pseudopedagogicznymi metodami testów zgaduj-zgadula, krzyżówek, rebusów i maniakalnym trendem do "pomiarów wiedzy" i analiz wyników. W praktyce obowiązuje zasada: "Uczymy się dla szkoły, nie dla życia". Dokładnie przeciwnie niż głosi klasyczna reguła: "Non scholae sed vitae discimus". Jeśli ideą edukacji jest zunifikowany model biernego obywatela i generowanie patologii, to cel ten osiągnięto już w znacznej mierze, chociaż oficjalnie deklaruje się cele przeciwne. Obecny system edukacji to gigantyczne marnotrawstwo talentów, ducha i inicjatywy, zakodowanych w młodych sercach i umysłach. Marnotrawstwo wielkich budów socjalizmu to drobiazg przy tym, co trwoni ten system. Państwowy monopol na zarządzanie gospodarką przyniósł jej ruinę. Dlaczego w edukacji miałoby być inaczej?

Prawie bez zmian
Gdyby jutro zniesiono przymus szkolny, pozostawiając rodzicom wolną decyzję o edukacji dzieci, co by się stało? Odpowiedź brzmi: system działałby jeszcze wiele lat, prawie bez zmian. Jednym z efektów wyręczania rodziny z jej naturalnych funkcji jest obecny zanik świadomości tych funkcji, a w rezultacie osłabienie rodziny. Rodzice ustawowo "zwolnieni" z naturalnego obowiązku zapewnienia edukacji dzieciom traktują państwową dominację w tej dziedzinie jako sprawę oczywistą. Przyczyna tej "zgodności" jest prozaiczna i smutna zarazem. Tak jest po prostu wygodnie. Szkoła, pełniąca de facto funkcję przechowalni dzieci, daje rodzicom możliwość zajęcia się swoimi sprawami i zapewnia im ten nieszczęsny święty spokój. Do czasu. Efektem jest cała masa problemów z młodzieżą, modnych dziś dysfunkcji, wyzwalanie członków rodziny z wzajemnych zależności, obowiązków, więzi na rzecz "własnych ścieżek kariery", na końcu których są gorycz i rozczarowanie. To przychodzi później, stąd nie jest brane pod uwagę. Dlatego nikt, z małymi wyjątkami, nie protestuje przeciwko przymusowemu poborowi dzieci do szkoły i pobytowi ich tam, najlepiej jak najdłużej.
"Prawie" oznacza jednak pewną zmianę. Dla tych rodziców, którzy dziś zmagają się z systemem, ucząc własne dzieci, byłoby to wyzwolenie. Takich jest garstka. Inni rodzice, którzy zmagają się ze szkołą o wpływ na edukację swoich dzieci, otrzymaliby potężne wsparcie. Dziś słyszą o siatkach godzin, podstawach programowych, wymogach ustawowych, testach kompetencyjnych, wreszcie o tym, że inni nie mają "takich problemów". Tych rodziców jest również promil. Wreszcie milcząca większość powierzająca dzieci zgodnie z ustawą zaczęłaby powierzać dzieci zgodnie z własną, wolną decyzją. A to już jest jakościowa zmiana.
Postulat jest jasny. Należy przywrócić pełną władzę rodziców nad edukacją własnych dzieci. Znieść państwowy przymus szkolny. Skorzystamy na tym wszyscy.
Ryszard Rubinowicz

"Dzisiaj nauczyłam się robić fikołki na trzepaku" - napisała Julia w swoim dzienniku opisującym zdarzenia z życia nastolatki. Co jeszcze wydarzy się w lipcowy upalny dzień? Zerknijmy do brulionu zapisanego starannym dziewczęcym pismem: "Czytałam książkę, trochę sprzątałam, zajmowałam się rodzeństwem. Robiłam też album geograficzny". Kolejne dni to zbieranie jagód, jazda na rowerze, kąpiele w przydomowym basenie. Letnia wakacyjna sielanka.
Nadchodzi jesień. W pamiętniku pojawiają się informacje o wyprawach na grzyby, pieczonych ziemniakach z ogniska, nowych lekturach i zeszytach, domowych lekcjach muzyki. Potem o pierwszym śniegu i wreszcie przygotowaniach do świąt. Opis zwykłego, normalnego życia w otoczeniu rodziny. W rytmie pór roku, świąt i codziennych zajęć.


Czy zwykłe?
Kiedy dorosła osoba rozmawia z dzieckiem, nieco zakłopotana szukaniem tematów pyta o szkołę. Bo o cóż zapytać w czasach, w których rozmawiać już niewielu potrafi? Szczególnie z dziećmi. Trzeba sięgnąć po temat pewniak, czyli zapytać o szkołę. Rozmowa z dzieckiem tu najczęściej się kończy, zanim na dobre się zacznie - wzruszeniem ramion lub prychnięciem oznaczającym dezaprobatę dla "dobra", jakim obdarza je dorosły świat. Julia zapytana o szkołę zareagowałaby nieco inaczej. Pewnie uśmiechając się zagadkowo i z lekkim zakłopotaniem. Dorosły czytelnik jej dziennika miałby dwa powody, by zapytać o szkołę, bo - jak wspomniano - o cóż można zapytać 12-latkę. Po wtóre, w tym dzienniku nie ma na temat szkoły ani słowa, a wrzesień już dawno minął.
Julia nie chodzi. Julia nie chodzi do szkoły. Zdrowa, zdolna, uśmiechnięta i nie chodzi. Do szkoły oczywiście. Żeby chociaż nie mogła chodzić, ale chodzi. Owszem na balet, łyżwy, prywatne lekcje. Tyle że nie do szkoły.
Jak to? To tak można? Czy ona zdrowa? Po co to? W społeczeństwie chlubiącym się z omijania prawa z karminowych ust pani sprzedawczyni pada pytanie: Czy to jest zgodne z przepisami?! Lud jest oburzony. Wszyscy chodzą, a ona nie!

Nie chodzą też inni
Rodzice nie posłali Julii do szkoły. A raczej nie pozwolili, by urzędnicy decydowali o tym, jak i gdzie dziecko ma spędzać czas, gdy ukończy 6. rok życia. Takich dzieci jak Julia jest w Polsce kilkadziesiąt. Ta liczba powoli, ale systematycznie rośnie. W USA ponad 2 miliony dzieci uczy się poza systemem szkolnym. W Wielkiej Brytanii kilkadziesiąt tysięcy. Dla purystów prawnych, jak wspomniana pani sklepowa, warto nadmienić, że wszystkie te dzieci nie chodzą do szkoły legalnie. Także w Polsce Ustawa o systemie oświaty dopuszcza edukację dziecka poza szkołą. Obwarowane jest to upokarzającymi warunkami. Choćby tym, że obca osoba, jaką jest dyrektor szkoły publicznej, może zezwolić na taką formę edukacji lub nie. Rodzice występują zwykle w roli pokornych petentów uzależnionych od arbitralnej decyzji urzędnika. Trudno to określić inaczej jak współczesna forma niewolnictwa. Zdumiewające, że prawie nikt nie piętnuje przymusowej daniny składanej przez rodziców ze swoich dzieci omnipotencji państwa. Jednocześnie donośny jest, słuszny skądinąd, głos przeciwny grabieży podatkowej. Wyjaśnienie tej sprzeczności nie napawa optymizmem, ale o tym nieco dalej.

Dlaczego nie chodzi?
Najtrudniej wyjaśnić sprawę oczywistą. Odpowiedzi jest wiele, a w zasadzie może być jedna. To rodzice wiedzą najlepiej, co jest dobre dla ich dziecka. Zdecydowali, że lepiej uczyć dzieci w domu. Ta prosta i oczywista konstatacja dla tak zwanej większości jest nie do przyjęcia. Jak rozpalona ostroga działa na zady duchowych potomków jakobinów, Prusaków, trockistów i im podobnych, którzy niepodzielnie rządzą w teraźniejszej Europie. To właśnie Prusacy wprowadzili powszechny przymus szkolny, by wychować jednolitego rekruta na potrzeby armii. Przeciw naturalnej władzy rodziców powtarza się mantry o dobru dziecka (sic!), o które oczywiście najlepiej zatroszczy się urzędnik. O patologii (która powinna była zniknąć, a ma się coraz lepiej), o niechybnej pladze analfabetyzmu, o zacofaniu, które nadejdą, jeśli ludziom pozwolimy decydować o swoim życiu i własnych dzieciach. Wszystko to boleśnie przeciwne jest logice, historii, a przede wszystkim prawom naturalnym leżącym u podstaw naszej cywilizacji. Dla jasności trzeba dodać - cywilizacji łacińskiej.
Wystarczy wejść do dowolnej szkoły na dowolną przerwę, by stwierdzić, że nie jest to dobre miejsce dla mojego dziecka. Wystarczy popatrzeć na młodzież en bloc, spróbować porozmawiać na dowolny temat, by zobaczyć mizerię kilkunastu lat przymusowego "chodzenia" do szkoły. Odczuć pustkę i brak własnego pomysłu na życie, tak powszechne wśród młodych ludzi.
Wystarczy pomyśleć o tym, że wychowanie i kształtowanie dzieci to najważniejsze zadanie, do którego rodzice są powołani. W tej arcyważnej i delikatnej materii muszą oni podjąć wolną i świadomą decyzję, a nie być wyręczani państwowym ukazem o przymusie chodzenia do szkoły. Szkoły ubezwłasnowolnionej ministerialnymi rozporządzeniami i wykonującej urzędniczą, siermiężną wizję edukacji.
Wystarczy zobaczyć, jak wartościowy i bezcenny dla rodziny jest krótki czas dzieciństwa naszych dzieci. Jak wzmacniają się więzi w rodzinie, jak szybko i chętnie dzieci uczą się, jak naturalnie rozwijają swoje talenty, jak cieszą się z drobnych rzeczy. Trzeba poczuć radość jazdy na nartach w marcu, kiedy jest masa śniegu i słońce. Tydzień albo dwa wolnego zarządza tata. Nie zaś minister, wydając rozkaz o feriach w styczniu, kiedy jest odwilż, pada deszcz i cała Warszawa okupuje Zakopane.
Dla "encyklopedystów" ważne jest jednak, czy dziecko przerobi i opanuje materiał wymagany przez wiadome czynniki. Pomijając kwestię, kto dał prawo urzędnikom do stawiania wymagań naszym dzieciom, odpowiedź brzmi: tak, dziecko przerobi i opanuje. No, ale czy zda testy? Tak, zda testy. A jak nie zda tych testów? Zda, zda. Praktyka pokazuje, że dzieci edukowane domowo osiągają przeciętnie wyższe noty. Poświęcają przy tym mniej niż 30 proc. czasu "zużywanego" przez system szkolny, o kosztach nie wspominając. Nie to jednak jest najważniejsze. Zachowana zostaje naturalna u dziecka ciekawość świata i chęć uczenia się, skutecznie zabijane w koszarach szkolnych.
"Utylitaryści" za to pochylą się nad kwestią zatrudnienia, czyli zdobycia intratnej posady, co - jak wiadomo - nadaje sens istnieniu współczesnej osoby ludzkiej. Ponownie odpowiedź jest pozytywna. W USA wiele prestiżowych uniwersytetów preferuje młodzież edukowaną domowo, ze względu nie tylko na wiedzę, ale innowacyjność, aktywność i społeczne zaangażowanie. Tacy ludzie po prostu dobrze radzą sobie w życiu.
A co będzie, jeśli rodzice zadecydują, obserwując swoje pociechy, że nie będą one wchłaniać wiedzy encyklopedycznej, tylko uczyć się koncepcyjnie? Albo przez rok poznawać tylko matematykę i szachy z rosyjskich knig, a potem przez rok tylko język polski i historię sztuki. Albo że będą chodzić do zakonnika erudyty na lekcje religii i łaciny, ale nie "przerobią" informatyki. Albo że do 10. roku życia będą hasać i bawić się, a potem pomyślimy o intensywnej nauce. Nie, nie, nie! To nie mieści się w głowie. Dosyć! Kto to będzie kontrolować?!
Spokojnie, to tylko wizja przyszłości albo historie sprzed 100 lat.

Nauczyciel do ucznia: "Dlaczego nie było cię w szkole?". "Nie mogłem przyjść, musiałem się uczyć". To nie jest, niestety, dowcip. To fakt. A zarazem najkrótsza recenzja instytucji państwowej, która na naszych oczach, w pierwszej dekadzie XXI wieku ukazuje swoje niewiarygodnie zmienione oblicze. Zmienione w stosunku do tego, co było przez wieki jej istotą. Co sprawia, że nadal - przy wszystkich zastrzeżeniach - uchodzi za "instytucję zaufania publicznego", a co znajduje swój wyraz w ogromnych nadziejach rodziców wysyłających po raz pierwszy dzieci do szkoły? Co zostaje z tych nadziei już po pierwszym roku?

Szkoła coraz bardziej przypomina fabrykę, w której taśmowo produkuje się absolwentów. Czy są to ludzie wykształceni? A przede wszystkim czy są wychowani w duchu chrześcijańskim, w duchu naszej łacińskiej cywilizacji? Przed tymi pytaniami nie da się uciec. One muszą być zadawane jak najczęściej. Przede wszystkim przez rodziców. Wszelkie inne koncepcje wychowawcze - poza wymienionymi - są bowiem oszustwem i prowadzą do rozbicia osobowości. Do degradacji rodziny. Powoli podmywają podstawy normalnie funkcjonującego społeczeństwa. Tę oczywistą prawdę uświadamia sobie coraz większa liczba rodziców, także w naszym kraju.
Niedawno pokazano mi list wysłany przez szkołę do rodziców dziecka. Nie było tam w nagłówku "Szanowni Państwo" ani nic w tym rodzaju. Do rodziców zwracano się bezosobowo. List zawierał pogróżki. Grożono karą pieniężną i więzieniem. Pod listem widniała okrągła pieczęć szkoły rejonowej i niewyraźny podpis dyrektora. Chodziło o to, "że śmią nie posyłać dziecka do szkoły" - a jeżeli posyłają do jakiejś innej, wybranej placówki, to, "że śmią" nie zawiadamiać o tym pana dyrektora. Forma i treść tej korespondencji dają dużo do myślenia.

Czyje są dzieci?
Kiedy najstarsza córka Agnieszki i Ryszarda Rubinowiczów, Julia, miała osiem lat i jej rówieśnicy byli w II klasie, obudziła się któregoś dnia i zawołała do mamy: "Mamo, dlaczego ja właściwie nie chodzę do szkoły?". "Bo za twoje wychowanie odpowiadamy my, twoi rodzice, córeczko" - usłyszała. "Aha, rzeczywiście!" - odpowiedziała i spokojnie zasnęła. To był cały komentarz tej 14-letniej dziś dziewczynki, która nigdy nie przekroczyła progu klasy i która jest pogodną, miłą, dobrze ułożoną osóbką, przechodzącą z jednego poziomu nauczania na drugi z najlepszymi w Polsce wynikami. (Uczeń "spełniający obowiązek szkolny" poza szkołą musi składać co rok lub co semestr - rzecz jest do uzgodnienia - egzaminy. Tym zajmuje się najbliższa szkoła publiczna lub - gdy rodzice zdołają wydeptać sobie ścieżki - zaprzyjaźniona szkoła prywatna.
- Nigdy nie zgadzaliśmy się z powiedzeniem: Wszystkie dzieci są nasze, albo że wszyscy odpowiadają za nasze dzieci. Przeciwnie, uważamy, że to pogląd wyjątkowo szkodliwy - mówi Ryszard Rubinowicz, ojciec Julii i trojga pozostałych dzieci. - Bo nasze to znaczy czyje? Instytucji? Wolne żarty! Za wychowanie dzieci odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice. Przed Bogiem.
Przez pierwszy rok nauki do Julii przychodziła miła, kulturalna pani. Emerytowana polonistka z sąsiedztwa. Była "ciocią", kimś w rodzaju zaprzyjaźnionej bony. Wszystko opierało się na wzajemnym zaufaniu. Nigdy go nie nadużyła. Mama, pani Agnieszka Rubinowicz, mogła zajmować się w czasie lekcji, które były przyjacielskimi pogawędkami, młodszymi dziećmi. Domowe nauczanie pod jej troskliwym okiem przynosiło jak najlepsze rezultaty. Tata, właściciel niewielkiego przedsiębiorstwa, był przeważnie w tym czasie poza domem.
- Dzisiejsza szkoła, zarządzana przez osoby, do których, przy naszej najlepszej woli, nie moglibyśmy mieć zaufania, nie jest najwłaściwszym miejscem dla naszych dzieci - tak ujmuje ten problem pan Ryszard.
Czy można to nazwać ekstrawagancją, neurotyczną przesadą? To normalny wybór, przejaw zwykłej troski o dzieci, przekonują państwo Rubinowiczowie. Przecież przez setki lat, aż do lat 20. ubiegłego wieku, była to codzienność - dla tysięcy rodzin w Polsce i Europie. To raczej szkoła - zwłaszcza ta od najwcześniejszych lat dziecięcych, poprzedzająca wiek gimnazjalny - była czymś wyjątkowym, eksperymentalnym. Aż stała się przymusem.
- W tej rzeczywistości, gdzie nie znano pojęcia obowiązku szkolnego, edukację brali na siebie rodzice lub najbliżsi - często też były to osoby duchowne. W ten sposób wyrastali wspaniali ludzie: uczeni, erudyci, święci - mówią rodzice Julii.
Uważają oni, że dzisiejsza edukacja typu oświeceniowego może stanowić zaledwie część wychowania człowieka. Wcale nie najważniejszą. Stąd ich przekonanie, że tylko oni, rodzice, powinni wybierać miejsca, gdzie będą przebywały ich dzieci. Oni mają prawo decydować o treści i formie nauczania, o osobach, które będą miały kontakt z dziećmi. W ten sposób opracowali swój własny system edukacji starszych dzieci, Julii i Franusia. Czy było im trudno podjąć tę decyzję?
- Nie, decyzję podjęliśmy z radością - mówi Ryszard Rubinowicz. - Nie przeżywaliśmy rozterek wewnętrznych, wahań. Po prostu nie posłaliśmy córki do szkoły.
- My nie potrafimy zawierać kompromisu z tym, co uważamy za niewskazane dla naszej rodziny - dodaje pani Agnieszka. - Nie ma w tym naszej zasługi. Nasza determinacja to dar od Pana Boga. Odkąd zostaliśmy obdarzeni potomstwem, staramy się jak najpełniej odkrywać nasze powołanie jako rodziców. Wiemy, że nie da się go realizować gdzieś "poza" naszymi dziećmi, w innych miejscach niż dom rodzinny, w innych rodzajach aktywności. Jesteśmy wezwani, by towarzyszyć naszym dzieciom w ich dorastaniu - nie za pośrednictwem instytucji, mamy je wychowywać osobiście. Nie możemy się zgodzić, by to zadanie przypadało osobom przypadkowym lub takim, z których poglądami na wychowanie się nie zgadzamy. By one, poza naszym wzrokiem, decydowały o tym, co nasze dzieci mają robić, i wywierały na nie wpływ.

To tak można?!
Pomocą było silne przeświadczenie młodych małżonków, że zarabiać na rodzinę ma mąż i ojciec, zaś miejsce żony i mamy jest w domu, a jej niezastąpioną przez nikogo rolą jest opieka nad dziećmi. Nie zaszkodził ich decyzji, choć nieco utrudniał życie, sceptycyzm bliskich. Pełne zgorszenia lub politowania uśmieszki i komentarze dalszych krewnych i znajomych pojawiły się później, gdy nikt nigdy nie zobaczył Julii i Franka powracających do domu z tornistrami na plecach.
Państwo Rubinowiczowie podkreślają rolę zdrowego rozsądku. I konsekwentne trwanie przy swoim zamiarze. Skoro podjęli decyzję o zatrzymaniu dzieci w domu, trzeba było zawiadomić o tym instytucję, której powiedzieli: "Dziękujemy".
- W jaki sposób rozmawiać z ludźmi, których trzeba postawić w sytuacji niezbyt komfortowej? - pan Ryszard przypomina sobie moment rozmowy z dyrektorem pierwszej szkoły, z którą mieli kontakt (w sumie było ich cztery). - Trzeba być wiarygodnym. Trzeba mówić w sposób prosty i jasny, że chcemy, by nasze dziecko było uczone przez osobę, którą sami wyznaczymy.
Nie sposób pominąć drobnego na pozór faktu, że w tak istotnym momencie rodzinnej sagi edukacyjnej państwo Rubinowiczowie szczególnie zadbali o odpowiednią prezencję. Nie można było narazić się na zarzut, że jest się "zawodowym" kontestatorem łamiącym konwencje, kloszardem, etc.
"Ależ tak, to dla nas bardzo interesujące wyzwanie!" - wykrzyknął dyrektor pierwszej szkoły publicznej w miasteczku, tuż przy znanej metropolii, z którą nawiązali kontakt. Państwo Rubinowiczowie odnieśli wrażenie, że był zaintrygowany. Potraktował ich jako swego rodzaju atrakcyjną nowość, którą można dobrze sprzedać w lokalnej gazecie i pochwalić się przed władzami oświatowymi. Zgodził się bez dyskusji, choć z żartobliwym komentarzem: "Aczkolwiek swoim dzieciom bym tego nie zaaplikował". Dopiero z perspektywy późniejszych wydarzeń mogą stwierdzić, że jego uśmiech, który odebrali w pierwszym momencie jako życzliwy, był pełen hipokryzji i zawierał ukrytą treść: "Jakby ich tu złamać...".
Bo, istotnie, normalnemu człowiekowi to się nie mieści w głowie. Jak można tak sobie utrudniać życie. A w ogóle to jakieś wariactwo. Od czego są szkoły?!
- Nie przychodziliśmy jako petenci, z prośbą o łaskawą zgodę. Poprosiliśmy tylko, żeby on zaakceptował naszą decyzję. Skoro istnieje odpowiedni przepis, a my jesteśmy świadomi, że "obowiązek szkolny" kłóci się z prawem naturalnym, z prawem rodziców do wychowywania własnych dzieci, to chyba wszystko powinno być jasne - przypomina pan Ryszard.
"Schody" zaczęły się wkrótce. Dyrektor napomknął, że dobrze by było, gdyby przed formalnym zamknięciem sprawy spotkali się z panią pedagog.
- Poczuliśmy się upokorzeni, że o naszych dzieciach musimy rozmawiać z urzędnikiem państwowym - dodaje pani Agnieszka. Z jakiej racji?
Pani pedagog szybko wyłożyła karty na stół. Zaczęła pouczać i straszyć. Kiedy pan Ryszard uciął rozmowę, mówiąc, że przyszli tylko dopełnić formalności, a nie wysłuchiwać nauk, wyjawiła, że to dyrektor prosił, "żebym państwa przekonała".
Wtedy po raz pierwszy, w sposób namacalny, przekonali się, że ich upór nie jest ich prywatną obsesją czy zachcianką, że Opatrzność nad nimi czuwa. Dość szybko znalazła się nauczycielka z wiejskiej szkoły, która uznała, że to "świetny pomysł", i postanowiła im pomóc. Przez rok przychodziła trzy razy w tygodniu do Julii, pomagając jej opanować materiał pierwszej klasy. Wreszcie podpowiedziała im najlepsze rozwiązanie: "Przecież sami możecie uczyć dzieci". Wycofała się z edukacji Julii, prawdopodobnie zagrożona była jej pozycja w szkole. Ale punkt wyjścia do rozmowy z kolejną (także wiejską) szkołą był już inny: "Julia chce kontynuować naukę rozpoczętą w domu za zgodą tej to a tej szkoły". Pani dyrektor nie widziała problemu. "Jeżeli to ma być kontynuacja...". To niewątpliwa zaleta wiejskich szkół, stwierdzają państwo Rubinowiczowie, opór jest tu dużo mniejszy. Może decyduje lekki snobizm ("teraz jest taka moda"), a może zdrowy rozsądek ludzi, którzy nie zdążyli popaść w rutynę.
Przepisy prawne są nieprzyjazne. Dyrektor "może zezwolić na spełnienie obowiązku szkolnego poza szkołą" (...) "na wniosek rodziców", ale rodzice muszą się mocno tłumaczyć. Muszą złożyć podanie do dyrektora szkoły publicznej. I on dopiero je rozpatrzy. Pozytywnie lub nie. Stawia też warunki: dziecko musi zdawać semestralne egzaminy. (Zdają je obecnie Julia i Franciszek - raz w roku, nie co semestr, jak sugeruje się najczęściej zgłaszającym się rodzicom).

 
1 , 2